Czuję stęchły zapach, jakby z cieknących rur.
Próbuję skupić się na swoim oddechu, ale wciąż jestem nieco oszołomiona. Głowa mi pęka, jakby w środku siedział jakiś archeolog, odłupujący resztki mojej czaszki. Biorę głęboki oddech i powoli wstaję, opierając się o jakieś śliskie kafelki.
Nie mam pojęcia gdzie jestem. To miejsce mnie przeraża. Zimno, wilgotno, duszno.. Próbuję przypomnieć sobie co to robię, jak się tu znalazłam. Nagle czuję intensywną falę uderzenia z tyłu głowy. Jęczę cicho i padam ponownie twarzą na betonową podłogę i przez chwilę się nie ruszam. Rozchylając powieki widzę wokół siebie ogromną kałużę krwi. Jest ciemnobrunatna, i gęsta, aż miesza się z kurzem wokół niej.
Jestem tak strasznie osłabiona, że nawet najmniejszy ruch dłonią to dla mnie nie lada wyczyn.
- Likantrop.. - słyszę przytłumiony, lecz donośny męski śmiech.
Jest coraz bliżej, a ja nie mogę się ruszyć.
W każdym centymetrze ciała czuję piekący ból. Jakby ktoś posypał moje rany solą. Syczę cicho z bólu, lecz zaczynam sobie zdawać sprawę, że to dopiero początek..
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz